GOK Stawiguda

Gminny Ośrodek Kultury w Stawigudzie

Dzisiaj jest Wtorek, 24 listopada 2020. Do najbliższego wydarzenia pozostało: 6 dni

Dorotowo nad Jeziorem Wulpińskim-Jan Chłosta

 

Dorotowo zmieniło się nie do poznania. Powstałe ostatnich latach hotele i pensjonaty nadały wsi nad Jeziorem Wulpińskim charakteru miejscowości turystycznej. Przed 35 laty zbudowana obwodnica drogi do Olsztynka, odsunęła wieś od szosy. Teraz nad zabudowaniami góruje wieża kościoła pod wezwaniem błogosławionej Doroty z Mątowów, wzniesiona z ofiar obecnych i dawnych mieszkańców Dorotowa. Ci z Niemiec najbardziej dostrzegają wszystko to, co się tutaj zmieniło na lepsze. Wiele o tym mówią i piszą w swoich czasopismach.

X

Przed 660 laty 29 grudnia 1348 roku Kapituła katedralna we Fromborku nadała sześciu Prusom, (ks. Walenty Barczewski napisał, że byli przedstawicielami szlachty pruskiej), w oparciu o prawo pruskie majątki pięciowłókowe. Otrzymali je: pierwszy i drugi, a więc o powierzchni dziesięciu włók, Tustir, trzeci – dwaj gospodarze Heinrich i Mikołaj, czwarty otrzymał Daroth, od którego imienia wieś przyjęła nazwę, piąty – Kantyen i szósty – Jan. Każdy z nich był zobowiązany do opłacenia rocznego czynszu w wysokości 30 marek, ale przez pierwsze 5 lat został zwolniony od opłaty, mieli obowiązek zapewnić z każdych 4 włók jednego wojownika z koniem i z pełnym wyposażeniem oraz nakaz budowania umocnienia folwarku. Różnica między prawem pruskim a chełmińskim powszechnie stosowanym przy zasiedleniem, najogólniej rzecz biorąc, polegała na tym, że w nadaniu ziemi na prawie pruskim dziedziczyć majątek ziemski mogli wyłącznie synowie właściciela, a jeśli nie było potomka płci męskiej, to majątek przechodził na własność Kapituły. Jak napisał ks. profesor Alojzy Szorc w tym czasie prawo pruskie zostało zamienione na prawo magdeburskie. Odnosiło się ono najczęściej do majątków. Ich właściciel na jednej części swojej własności sam gospodarzył, a na drugiej lokował chłopów. Stąd często administrator komornictwa olsztyńskiego jedynie potwierdzał sprzedaną lub dzierżawiona ziemię. W Dorotowie prawo magdeburskie, różniące się od chełmińskiego tylko w wymiarach kary w sądownictwie, nie zmieniało kwestii dziedziczenia, obowiązywało ono do 1733 roku, a potem wprowadzono prawo chełmińskie przy nadawaniu ziemi. Z tego powodu w następnych latach administrator Kapituły na zamku olsztyńskim nadawał bądź sprzedawał pozyskane zagrody. Już w pierwszych dziewięćdziesięciu latach z powodu wojen polsko-krzyżackich zmuszony był do lokowania nowych osadników. Wieś nie miała sołtysa, ale znajdowała się karczma. Gospodarze nadto dzierżawili wyspy na Jeziorze Wulpińskim i łąki nadbrzeżne. Były one co roku odnawiane. Tak było z prawie dziesięciohektarowym Ostrowem Dorotowskim czyli z Hertą lub Herthą, Majdzką Kępą, Ptasią Kępą, Urbanką i pozostałymi czterema wyspami.

Z zapisów w dokumentach Kapituły wynikało, że 4 listopada 1438 roku Prus Georg zwrócił się z prośbą o odnowienie lokacji pięciowłókowego folwarku, spalonego w czasie wojny. W komornictwie olsztyńskim w szczególny sposób dały sobie znać zniszczenia w wojnie księżnej (1478-1479), której powodem była obsada stolicy biskupiej w Lidzbarku Warmińskim. Król polski Kazimierz Jagiellończyk uważał, że godność biskupa nie może być nikomu nadawana bez zgody monarchy, a Kapituła wybrała biskupem Mikołaja Tungena. Ponieważ król nie chciał uznać tego wyboru doszło do niszczącej Warmię wojny.

W 1480 roku w Dorotowie z 27 włók nadanych aż 12 włók leżało odłogiem. Ten stan utrzymał się do 1519 roku. W 1484 roku Klemens Petir nabył od Kapituły półtorej włóki za pięć dobrych marek. Trudno dzisiaj ustalić co oznaczało owo określenie - dobre marki. W tym dokumencie o tym nie napisano, dodano jednak, że Klemens miał wpłacać do kasy komornictwa przez 10 lat po pół marki. Inni zapis z 18 marca 1491 roku zawiera informację, że Mertin z Dorotowa kupił od Kapituły majątek Dągi, wtedy nazywany Marquartshof, liczący 12 włók za 100 marek, płatne od 1495 roku po 6 marek rocznie, a jak sprzyjać będą urodzaje - to po 12 marek rocznie. Dalej, 15 lipca 1500 roku znany nam z pełnienia innych ważnych w Kościele warmińskim stanowisk jak wikariusza generalnego i oficjała biskupiego Baltazar Stockfisch potwierdził kupno 2 i pół włóki przez Prusa Sandera, a przyszły biskup warmiński, jeszcze jako administrator komornictwa Kapituły w Olsztynie, Tiedeman Giese 9 kwietnia 1524 roku potwierdził kupno czterech włók przez Bartłomieja, następnie 3 marca 1595 roku Kapituła sprzedała 2 i pół włóki Prusowi Jakubowi Jerkowi. 24 stycznia 1630 roku Kapituła nadała olsztyńskiemu administratorowi ks. kanonikowi Andrzejowi Łysakowskiemu (1577-1635) 2 i pół włóki aby mógł je sprzedać wraz z posiadanymi (półtora włókami) Pawłowi Zlebie z Bartąga, później 21 stycznia 1645 roku Kapituła z tytułu przysługującego jej prawa przypisała 5 włók Janowi Turkowi.

Kolejny zapis z dokumentów Kapituły, noszący datę 6 maja 1683 roku, odnawiał lokacje owych sześciu majątków, utworzonych w 1348 roku. Tak więc na pierwszym i drugim folwarku gospodarzyli: Simon Sander, Fryderyk Zleba i Jan Tonta, na trzecim – Łukasz Turkowski (a może Turowski?), na czwartym – Jerzy Mały Janek, na piątym – Augustyn Kłobuk (Wojciech Kętrzyński podaje to nazwisko jako Kłobek) i Stanisław Kołaczek, na szóstym – Stanisław Kowal i Jakub Materna. Między nimi byli ludzie spokojni i pracowici, ale też i awanturnicy. Potwierdza to zapis z 1670 roku z wesela w Dorotowie, o będącym pod wpływem alkoholu Johannesie Mały Janek, który groził proboszczowi z Bartąga księdzu Michałowi Slaskiemu, że go zabije i przy tym obraził słowami obelżywymi. Za co musiał zapłacić karę w wysokości 60 marek.

Zmieniało się brzmienie nazwy wsi; w 1404 roku wieś zapisywano Darath lub Doroth, w 1564 – Dareth, 1656 – Darethen, 1879 – Dorotowo. Niemiecka nazwa – Darethen.

Od początku przez 648 lat wieś wraz z Bartążkiem, Gągławkami, Jarotami, Linowem, Mojdami, Rusią, Tomaszkowem należała do parafii bartąskiej, gdzie pierwszym proboszczem był od tego samego roku, w którym Kapituła nadała akt lokacyjny Dorotowu, ksiądz Dithmarus, a potem posługę religijną nieśli tu kapłani o polskich nazwiskach, pochodzący przeważnie z diecezji płockiej jak: Mikołaj Zukowski, , Jerzy Sosnowski, Walenty Lipiecki, Michał Szlaski, Piotr Odentkowski.

X

W okresie zaboru Warmii w 1772 roku gospodarstwa w Dorotowie posiadali: pełniący urząd sołtysa Jakub Sander, Kazimierz Ocenbach Bernard Nowak, Jakub Materna, Jerzy Jerek, Marcin Tonik, Jan Baukrowicz (albo Bauchrowicz), Jan Kłobukowski i Jan Kolaczek. Karczmę dzierżawił Kazimierz Krüger. Chałupnikami i komornikami byli: Antoni Gawor, Andrzej Koczewski, Stanisław Turowski, Simon Staczywo, Andrzej Moryc, Paweł Trzaska, Kazimierz Brzostek, Rosla, Józef Zimnik, wdowa Agata, pasterz Józef, Grzegorz Thomas i Jan Pazeziński. Większość z nich pracowała w smolarniach, zajmowała się połowem ryb i trudniła się bartnictwem. Z kolei chłopi z Dorotowa wraz z rolnikami z Bartąga, Bartążka, Gągławek, Jarot, Kielar, Linowa i Szczęsnego w 1776 roku przypisani byli do przemiału zboża w młynie w Rusi, oddalonego o milę. Należał on do Józefa Gralka.

Z nastaniem tu władzy pruskiej chłopów wprowadzono nowy wymiar podatku był on o jedną czwartą wyższy od płaconych do kasy Kapituły. Musiało to budzić niezadowolenie i wspomnienie dobrych i sprawiedliwych rządach Kapituły. Prusacy byli bezwzględni jeśli chodzi o ściąganie podatków, często łamali też prawo. Oto 1785 roku przymusowo wcielono do piechoty szesnastoletniego chłopca Piotra Zandera z Dorotowa z powodu wybujałego wzrostu. Do armii Fryderyka Wielkiego wciąż trzeb było wysokich żołnierzy.

Również chłopi z Dorotowa mocno odczuli przemarsz wojsk Napoleona. Francuzi rekwirowali dobytek i siłą wymagali furażu dla koni, a jeśli chłopi odmawiali, to zagrody puszczali z dymem. Przez to długo miejscowi chłopi długo nie mogli stanąć na nogach. Nie dopisywały im też urodzaje. Stąd nie zawsze w terminie byli w stanie płacić podatków. W 1811 roku zwrócili się więc do władz rejencji o zniesienie zapowiedzianej egzekucji za zaległe podatki. Rzecz cała wiernie opisali sołtysi, którzy najlepiej znali położenie gospodarzy, bo napisali, że chłopi „nie mogą się utrzymać przy życiu”. W tej sytuacji tylko nieliczne prośby zostały uwzględnione.. W większości wypadków były dokonywane egzekucje mienia. Król potrzebował wszak pieniędzy i dlatego wszelkimi sposobami trzeba było je zdobyć.

W przeszłości tędy musiał przechodzić szlak handlowy, łączący południe Europy z Bałtykiem, bo w 1874 roku koło Dorotowa odkopano skarb w postaci 1750 srebrnych i złotych monet rzymskich.

X

Szkoła w Dorotowie powstała w końcu XVIII wieku. Ówcześni mieszkańcy wsi nie doceniali znaczenia nauki czytania i pisania. Odnosili się z rezerwą do szkoły, w której ich dzieci miały się uczyć. Chociaż często o tym mówił z ambony ksiądz Tomasz Grem wielki propagator szkolnictwa na południowej Warmii. W 1787 roku rodzice z Dorotowa odmówili nawet nauczycielowi mieszkania na miejscu i skromnego utrzymania. Przez to nie mógł on rozpocząć nauczania. Nie znamy jego nazwiska, ani nie wiemy czym poza nauczaniem w szkole się zajmował, bo nauczyciele w tamtych czasach wykonywali zawody krawców kowali, a we wsiach parafialnych byli z reguły organistami lub kościelnymi. Poza wszystkim dzieci wykorzystywane były do pracy na roli i przy wypasie bydła albo gęsi. Z reguły do szkoły uczęszczały w zimie.

W 1825 roku asesor rejencji królewieckiej Reinhold Bernhard Jachmann dokonujący wizytacji szkół w powiecie olsztyńskim o nauczycielu w Dorotowie napisał: „nauczyciel Józef Wróblewski (Wroblewski) lat 47, uczy siedem lat, dawniej gospodarz. Dzieci w dniu wizytacji 19, frekwencja w najwyższym stopniu zła. Dzieci uczą nie się po niemiecku, nie mówią po niemiecku, religii uczą się tylko z polskiego katechizmu, czytają jedynie po polsku, nie uczą się pisać, rachować. Melodie kościelne śpiewają ze słuchu, innych przedmiotów nie uczą się”. O następcy Wróblewskiego w Dorotowie, nauczycielu Janie Grossie, inspektor szkolny, a był nim zapewne, proboszcz z Bartąga, napisał: że „czytał bez wyrazu, zacinając się”.

Jeszcze w 1853 roku na lekcje religii prowadzone przez nauczyciela Macieja Chłostę w języku polskim uczęszczało 56 dzieci. Wizytujący szkołę dziesięć lat później ks. Bartsch zanotował, że niemieckie czytanie wypadło fatalnie, a inspektor szkolny nie próbował sprawdzać u dzieci czynnej znajomości języka polskiego. Potem sytuacja zmieniła się na korzyść języka niemieckiego. Zapewne wpływ na to miała też bliskość Olsztyna, gdzie w tamtym czasie przeważał język niemiecki. Jeszcze przed wydaniem przez prezydenta prowincji Prusy Karola Wilhelma Horna rozporządzenia z 24 lipca 1873 roku w sprawie ograniczeń języka polskiego w szkole, miejscowy nauczyciel M. Chłosta zaczął w szerszym zakresie niż to było nakazane, nauczać dzieci po niemiecku. Potwierdził to specjalnym listem do władz szkolnych rejencji w Królewcu z 23 grudnia 1872 roku, w którym zawarł prośbę o gratyfikację za popieranie języka niemieckiego w szkole.

Około 1890 roku w Dorotowie nauczano w szkole wyłącznie po niemiecku, chociaż nadal mieszkali tam Polacy w większości, co potwierdził raport Komisji Szkolnej Warmińskiej Rady Ludowej z marca 1920 roku, że w Dorotowie było 54 dzieci polskich i 49 niemieckich, jednak do otwarcia polskiej szkoły nie doszło. W 1935 roku do dwuklasowej szkoły niemieckiej uczęszczało 111 dzieci. Nauczali w niej kolejno: Artur Röhe, Otto Zaremba, Antoni Keuchel wraz z żoną z domu Zerkorn. O Zarembie mówiono, że miał on duże zrozumienie dla języka polskiego. Zresztą sam nim się posługiwał.

Po drugiej wojnie światowej już 6 maja 1945 roku doszło do otwarcia polskiej szkoły. Uczęszczało do niej 61 dzieci, w 1946 roku – 68, 1947 – 79, 1948 – 76, 1949 – 79 dzieci. Nauczali tu kolejno: Józefa Chromiak, Irena i Bolesław Obarkowie, Maria Sidorenko, od 15 września 1953 roku – Jan Gwóżdż, który był także aktywnym radnym miejscowej Gromadzkiej Rady Narodowej. W 1996 roku szkoła w Dorotowie została zamknięta. Odtąd dzieci są dowożone do zbiorczej szkoły i gimnazjum w Stawigudzie.

X

Jeszcze w 1861 roku po polsku mówiący Warmiacy stanowili w Dorotowie większość. Było ich wtedy 232, a posługujących się językiem niemieckim – 23 osoby. Pośród 255 mieszkańców było zaledwie 4 ewangelików. W 1871 roku było 302 mieszkańców, 1895 – 497, 1939 - 565. Obecnie mieszka tam 295 osób. Latem każdego roku liczba osób przebywających w tej wsi powiększa się prawie czterokrotnie.

W 1831 roku wcześniej internowani w Prusach Wschodnich powstańcy listopadowi po amnestii cara powracali drogą również przez Dorotowo do Królestwa. Dochodziło i tutaj do serdecznych spotkań z miejscową ludnością. Mówili przecież tym samym językiem i mogli się ze sobą porozumieć. Potem w wyborach do Reichstagu w 1890 roku kandydat Polaków skupionych wokół Gazety Olsztyńskiej, organizator polskich bibliotek Towarzystwa Czytelni Ludowych na południowej Warmii Franciszek Szczepański z Lamkowa uzyskał 49 głosów, a Justyn Rarkowski z Partii Centrum 23 głosy. Z czasem życie polskie zaczęło się tutaj kurczyć. Wpływ na to miała i bliskość Olsztyna, napływ niemieckich turystów, którzy spędzali na wyspie Herta niedzielne popołudnia oraz powołanie w 1909 roku niemieckiego związku rezerwistów, złożonego w znacznej części z weteranów wojny prusko-francuskiej.

Z Dorotowem związany był ludowy poeta Michał Lengowski. W tej wsi urodził się jego ojciec Jakub. Miał tylko jednego brata, który jako starszy otrzymał po rodzicach gospodarstwo, a młodszy Jakub służył u księdza Michała Rachonia w Butrynach i tam otrzymał dobrą lekcje historii Polski i przywiązania do nakazów przodków. Michał Lengowski próbował nawiązywać kontakty ze stryjem.

Podobnie jak mieszkańcy innych podolsztyńskich wsi, również w Dorotowie ojcowie rodzin upominali się o język polski w szkole. Ich podpisy znajdowały się pod petycjami z 1885 roku i 2 maja 1892 roku do biskupa warmińskiego Andrzeja Thiela, którą ogłoszono w Gazecie Olsztyńskiej: „Z radością wyczytaliśmy w gazetach, że Wasza Biskupia Mość raczyła się wstawić u królewieckiej rejencji za naszymi dziećmi, aby im choć jedną godzinę polskiego czytania udzielono. Z wielkim żalem jednakże wyznać musimy, że dotąd w szkołach naszych nie uczą tej godziny tygodniowo polskiego czytania. Gdy dzieci rozpoczną uczęszczać na naukę przygotowującą do sakramentów świętych, nie są w stanie czytać z polskiego katechizmu, a księża nasi, obarczeni pracą, nie mogą ich dopiero polskiego czytania uczyć. Z tego powodu nauka religii świętej nie może gruntownie wnikać w serca dzieci, a nawet może przyprawić o zupełną utratę religijności, jak tego liczne mamy dowody. Z tego powodu upraszamy Waszą Biskupią Mość, aby raczyła poprosić królewiecką rejencję, aby rozporządzenie swoje rzeczywiście w życie wprowadziła i aby dzieciom naszym choć tej jednej godziny nauki języka polskiego użyczono. W nadziei, że Wasza Biskupia Mość w tej ciężkiej potrzebie duszy i sumienia naszego zechce nas otoczyć prawdziwie ojcowską i arcypasterską opieką, pozostajemy wierni, ufni i oddani”. W tej sprawie urządzono na południowej Warmii kilkanaście wieców, a petycję tę podpisało aż 2546 ojców rodzin. Nie przyniosła ona jednak spodziewanych zmian. Raz wydanego zarządzenia nie można było zmienić.

W plebiscycie 11 lipca 1920 roku w Dorotowie za Polską padło 71 głosów, a za Prusami Wschodnimi czyli za Niemcami – 243 głosów. Mężem zaufania Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego był tu Szczepański. Jan Baczewski w swoich wspomnieniach tak odnotował pobyt w dniu głosowania w tej wsi: „Zatrzymaliśmy się w Dorotowie. Panował tutaj spokój, Niemców nie było widać, a nasi są pełni nadziei.”. Przypuszczenia te okazały się złudne.

W latach międzywojennych zamieszkiwało tu dwóch członków Związku Polaków w Niemczech: Jakub Dehlert i Jakub Mendryna. Dwóch miejscowych rolników korzystało z pożyczek Banku Ludowego w Olsztynie. Byli to: Józef Ziemmermann i Józef Wencki. Ten ostatni miał także swoje udziały w Rolniczo-Handlowej Spółdzielni „Rolnik”. Władze niemieckie starały się usuwać wszelkie przejawy życia polskiego. W 1937 roku kierownik grupy organizacji Bund Deutscher Osten otrzymał zadanie właśnie odciągnięcia od współpracy z „Rolnikiem”: Orłowskiego, Openkowskiego, Jackowskiego, Foxa, Kowalewskiego, Zentka z Bartąga, Seidla, Józefa Zimmermanna, Barwińskiego, Czarneckiego i Kramkowskiego z Dorotowa, Langkaua, Schillacka i Köhlera z Rusi oraz Bernarda Mathię z Majd. Tutaj w Dorotowie i okolicy byli zawsze czytelnicy Gazety Olsztyńskiej” i polskiej biblioteki w Olsztynie. Polscy Warmiacy brali też udział w gromadnych spotkaniach urządzanych w „Domu Polskim” w Olsztynie.

X

W pierwszej wojnie światowej 28 sierpnia 1914 roku pod Dorotowem miała miejsce jedna z bitew między oddziałami armii „Narew”, dowodzonej przez Aleksandra Samsonowa i rezerwowym warmińskim pułkiem piechoty. Zginęło w niej 148 żołnierzy niemieckich i 87 Rosjan. Aż 400 Rosjan dostało się do niewoli. Wojna nie dokonała tu wiele zniszczeń. Paweł Turowski napisał, że spaliła się tylko jedna stodoła. Niemcy zdołali powstrzymać jednostkę rosyjską podążającą w stronę Olsztynka, gdzie rozegrała się w tamtych sierpniowych dniach jedna z większych bitew na tych ziemiach. Miasto zostało doszczętnie zniszczone. Rosjanie ponieśli w niej klęskę. Armia „Narew” została doszczętnie rozbita. Generał Samsonow popełnił samobójstwo. Wielu żołnierzy rosyjskich dostało się do niewoli. Następnie byli oni zatrudnieni także przy odbudowie Olsztynka.

Na pamiątkę walk stoczonych pod Dorotowem na wzgórzu należącym do gospodarza Augusta Blexa wzniesiono znacznych rozmiarów krzyż i głaz pamiątkowy, a nad brzegiem Jeziora Wulpińskiego został urządzony cmentarz wojenny. Pochowano na nim niemieckich i rosyjskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach pod Dorotowem. Po 1945 roku o tym cmentarzu świadomie zapomniano. Urządzono w tym miejscu nawet boisko sportowe. Odnowienie cmentarza wojennego nastąpiło 28 sierpnia 2002 roku, dokładnie osiemdziesiąt osiem lat po tamtej bitwie. Stało się to dzięki staraniom Wójta Stawigudy inż. Teodozego Jerzego Marcinkiewicza i księdza kanonika Johannesa Gehrmanna z Hilten w Niemczech. Ponownego poświęcenia grobów Niemców, pochowanych od strony jeziora i Rosjan przedzielonych dużym krzyżem dokonali: Metropolita Warmiński Arcybiskup dr Edmund Piszcz, biskup diecezji mazurskiej Kościoła Ewangelickiego Rudolf Bażanowski i w imieniu Kościoła Prawosławnego Kontradmirała Aleksander Szełomow. Modlitwy w języku niemieckim odmówił ks. kan. J. Gehrmann. Na płycie marmurowej umieszczono w językach: polskim, rosyjskim i niemieckim napis: „Poległym na wojnie światowej 1914-1918”. W uroczystości brali udział, obok młodzieży, przedstawiciele władz samorządowych ze starostą Adamem Sierzputowskim oraz konsulowie Niemiec i Rosji w Gdańsku.

X

Wydarzenia z początkowej fazy pierwszej wojny światowej związane były także z wyspą Herta na Jeziorze Wulpińskim, oddalonej od brzegu o 1 000 metrów. Właścicielem tej wyspy od 1897 roku stał się Robert Rogalla. Zbudował na niej okazały dom, w którym otworzył karczmę. Poprzednio Rogalla był dzierżawcą olsztyńskiego Domu Kopernika, gdzie obecnie ma swoją siedzibę Kuria Metropolitarna Archidiecezji Warmińskiej przy ulicy Pieniężnego 22.

Część wyspy Rogalla zalesił, w drugiej posadził wiele drzew owocowych i brzozy. Ogrodem zajmował się nimi dziadek mieszkającego jeszcze w Dorotowie Jerzego Urry. Prowadził tam też gospodarstwo rolne. W krótkim czasie zyskał uznanie w samym Dorotowie. Mieszkańcy wybrali go sołtysem i potocznie nazywali księciem Herty. W Olsztynie wciąż pamiętano o jego aktywności w życiu publicznym, bo jedną z ulic od jego imienia rzekomo nazwano Robertstraße, jest to dzisiejsza ulica Prusa. Dlaczego nie – Rogallastraße? Tego nikt nie potrafił mi powiedzieć.

Dzięki zapobiegliwości Rogalli wyspa Herta pozyskała połączenie promowe z brzegiem. Odtąd mieszkańcy Olsztyna dość licznie w niedzielne popołudnia odwiedzali w sobotnie popołudnia i w niedzielę Dorotowo i pobliską Hertę, aby wypić tu kufel piwa bądź uraczyć się specjalnym alkoholowym napojem (Herthahundchen).

W sierpniu 1914 roku R. Rogalla gościł na Hercie również żołnierzy rosyjskich. Jeden z oficerów podarował zacnemu gospodarzowi na pamiątkę samowar. Gospodarz wyspy oglądał Rosjan radosnych jak przemierzali szosę do Olsztyna i bardzo przygnębionych po bitwie pod Dorotowem 28 sierpnia 1914 roku. Tego dnia dotarł na wyspę niemiecki oficer, który przekazał Rogalli wiadomość o żołnierskiej śmierci syna Brunona, porucznika I rezerwowego warmińskiego pułku Piechoty. Określił miejsce, gdzie mogły leżeć zwłoki bliskiej mu osoby. Wówczas ojciec sam zbił z desek trumnę, załadował ją na wóz, do którego zaprzągł konia i wyruszył na poszukiwanie syna. Nie przyszło mu to łatwo, ale w końcu znalazł zwłoki syna. Ojciec postanowił pochować Brunona na wyspie. Równocześnie zaczął zbierać militaria z tej wojny i utworzył małe muzeum. Nazwał je trochę na wyrost w stosunku do tego co zdołał w nim zgromadzić – „Hindenburg – Tannenberg – Museum”. Część eksponatów stanowiły dary niemieckich dowódców tamtej wojny. Można było więc tam zobaczyć mundury oficerskie, szable i pistolety, ale też mapy i plansze prezentujące różne manewry taktyczne Niemców w latach 1914 -1915 na terenie Prus Wschodnich. Należy sądzić, że także R. Rogalla przyczynił się do urządzenia cmentarza wojennego nad brzegiem jeziora.

Robert Rogalla zmarł 18 grudnia 1932 roku w wieku 73 lat i został pochowany na Hercie obok swego syna. Na jego grobie umieszczono w języku niemieckim napis w dowolnym tłumaczeniu brzmiący: „Wiara w Boga, miłość do żony, własnych dzieci, stron rodzinnych i zawsze obecna tęsknota za lepszymi czasami - uczyniły mnie mocnym w walce o codzienny chleb. I przez to życie wypełniłem!” Przed śmiercią wyspę i muzeum przekazał gminie Dorotowo. Jego żona Augusta przeniosła się do Olsztyna.

Trzy lata po śmierci R. Rogalla, 21 lipca 1935 roku wydarzył się na Jeziorze Wulpińskim tragiczny wypadek. Zaledwie 50 metrów od brzegu podczas burzy przewróciła się łódka z 24 osobami, poprzednio przebywającymi na wyspie. Mimo energicznej akcji ratunkowej połowa z nich czyli 12 osób utonęło. Winę za to poniósł stosunkowo mało doświadczony 19-letni przewoźnik, który zdecydował się na kurs łodzią w takich warunkach aż z tyloma osobami. Sąd wymierzył mu trzy lata więzienia.

X

Jeszcze w połowie stycznia 1945 roku przez Dorotowo przetaczał się Wehrmacht. Dniem i nocą przejeżdżały samochody z ludźmi i sprzętem. Z tego powodu mieszkańcy opuszczali wieś przed zbliżającymi się oddziałami Armii Czerwonej nie szosą przez Olsztyn, ale w stronę Tomaszkowa i Gietrzwałdu. Nie ujechali daleko. Większość Rosjanie dogonili już w Łukcie. I wtedy nie obeszło się bez ofiar. Niektórzy powrócili od razu do swoich domostw. Przeżyli tu w Dorotowie gwałty i zniszczenia i deportacje, następowały radosne powroty z dalekiej Syberii. Potem zaczynali nie bez trudu nowe życie.

Pierwszy sklep w Dorotowie, będący filia Gminnej Spółdzielczości ze Stawigudy otworzyła matka Edwarda Cyfusa, który w książce będącej opowieścią krewnych napisał: „Jedynymi Polakami-osadnikami w Dorotowie byli wtedy nauczycielka i leśniczy. Reszta dorotowskiej społeczności to Warmiacy czyli dla władz - Niemcy. Pomału jednak życie w Dorotowie wracało do normy. Rybak Malon dawał kilku nielicznym we wsi mężczyznom pracę. Był rzeźnik Hinzmann. Funkcjonowała kuźnia Kamińskiego. Dużo pracy mieli wtedy dwaj krawcy, Stinka i Czarnecki, spowinowaceni ze sobą i mieszkający w tym samym domu na początku wsi tuż przy cmentarzu z pierwszej wojny światowej. Czarneccy byli bardzo szanowaną rodziną. On, bardzo dobry krawiec, zaraz po wojnie miał problemy z polskimi władzami. Ukrywał w chlewiku poniemiecki wojskowy motocykl BMW z koszem. Próbowano go nawet aresztować za to, że owego motocykla nie ujawnił i nie przekazał milicji, która wtedy pilnie potrzebowała środków transportu. Henrykowi (czyli ojcu autora – przyp. J.Ch.) poprzez swoje koneksje udało się wybronić Czarneckiego przed aresztowaniem.. Edward Czarnecki poruszał się o kulach, stracił nogę na wojnie. Jego żona była bardzo dobrą i znaną szeroko w okolicy akuszerką. Służba zdrowia w terenie wtedy praktycznie nie funkcjonowała. Ten motocykl dowoził więc dorotowską służbę zdrowia nie tylko do porodów, ale również do wszystkich chorych, którym pani Czarnecka była w stanie pomóc.”

Ludzie zaczęli oglądać się za pracą w Olsztynie. Obrabiali swoje działki, naprawiali zniszczone wojna domy. Początkowo nie szło im łatwo. Każdy rok przynosił jednak korzystne zmiany.

W Dorotowie zawsze mieszkali pracowici i przesadnie oszczędni ludzie. W dawnych czasach siano tutaj dużo lnu i chmieli. Chmiel sprzedawano olsztyńskiemu browarowi, a z lnu i wełny kobiety przędły cienkie nici, z których tkały obrusy, fartuchy, suknie sztruksowe, noszone na co dzień i szmaciaki. W latach po wojnie powyciągały więc ze strychów kołowrotki i zabrały się do pracy. Poza tym bliskość Olsztyna zachęcała gospodynie do sprzedaży warzyw na rynku. Pamiętam, że kuzynka mojej matki starsza pani Joselewska jeszcze w latach sześćdziesiątych sprzedawała w Olsztynie ze swego ogrodu jabłka i gruszki. Odwiedzała wtedy nasz dom przy placu Roosvelta i spoglądając na moją mamę natłuszczającą formy do ciasta papierem po margarynie, wypowiadała: Ty Jadwigo, nie wyrzucaj tego papieru, bo jeszcze namaszczę swoje blachy do ciasta w Dorotowie. Przypomniałem ten epizod po wielu latach, bo potwierdzał ową przesadną warmińską oszczędność, w tym także mieszkańców Dorotowa.

Ze szczególną atencją mieszkańcy Dorotowa odnosili się też do zwyczajów przodków. W wigilię Bożego Narodzenia zawsze we wsi pojawiali się słudzy z warmińskim szemlem i grajkiem, który przygrywał jego skocznym podrygom, przestrzegano tu też dwunastki, owych magicznych dni pomiędzy Bożym Narodzeniem a Świętem Trzech Króli.

Przed Rezurekcją zwyczajem w Bartągu było bębnienie na Zmartwychwstanie Pańskie. Nie spotykano tego gdzie indziej. Już o trzeciej rano wyruszał spod dzwonnicy pochód, na którego czele kroczyło kilku chłopców z dzwonkami. Wielki kocioł dźwigało dwóch mężczyzn. Ten prymitywny bęben, obciągnięty jelenią skórą, wydawał rytmiczny takt. Przez wiele lat doboszem był przychylony staruszek Serowski, znany ze swego humoru i wesołości. Zawsze kroczył za bębnem i pałkami wybijał rytm, grała też orkiestra. Niejednego ciekawskiego, który się do bębna zbliżył zdzielił żartobliwie pałką. Echo tego głosu i echo bębnienia leciało przez pagórki do Dorotowa. Wielka rzesza ludzi towarzyszyła temu pochodowi. Stary Serowski walił z całej siły pałkami, szczególnie gdy mijano plebanię i wikarówkę wołał: żeby księża nie zaspali – żeby księża z łoża wstali! Wszedłszy w końcu do dzwonnicy uderzając pałkami wołał: Aż na drugi rok! Amen, Amen, Amen. Słysząc bębnienie ludność z odległych wiosek spieszyła na Rezurekcję. Zazwyczaj nie wszyscy tego dnia zmieścili się w kościele. Przy biciu dzwonów kroczyła uroczysta procesja wielkanocna ze śpiewem Chrystus Zmartwychwstał. Jeszcze w pierwszych latach XX wieku na czele procesji kroczyli, obok organisty Otta, nauczyciele Presek z Jarot, Zaremba z Dorotowa, Mieliński z Tomaszkowa i Thiel z Rusi śpiewając razem z ludem wesołe Alleluja. Nie przydarzyło się to nigdy w ciągu roku, żeby ci panowie w kościele po polsku śpiewali. Widocznie wspomnienie Wielkanocy z domu rodzinnego skłoniły ich do śpiewu w polskim języku. Zwyczaj bębnienia przetrwał aż do 1936 roku. Nie spodobały się hitlerowcom melodie polskich piosenek i wołania zwiastujące Zmartwychwstanie Pana. Przed Wielkanocą w 1937 roku obwieszczono, że orkiestra z Rusi w miejsce bębnienia będzie wygrywać pieśni wielkanocne.

W każdy Poniedziałek Wielkanocy dzieci odwiedzały po smaganiu prawie wszystkie domostwa. Zwłaszcza w końcu latach czterdziestych dzieci z najuboższych rodzin dzięki darom ze „smagania” gromadziły słodycze i jaja. Wypowiadały wówczas tak jak w przeszłości ich matki i ojcowie:

A tak musimy osmagać,

Co pani nie będą pchły kunsać,

Wykupcie się, dajcie, dajcie się,

Dajcie mi jajko!

Mieszkańcy Dorotowa udawali się corocznie z łosierą, jak nazywano na Warmii pielgrzymki, do Bartąga i Gietrzwałdu. Modlitwom i śpiewom przewodniczyli w przeszłości Nikiel i Grzesik, nazywani przepowiadaczami.

X

O niedawnej przeszłości Dorotowa najwięcej zapamiętał Jerzy Urra. Urodził się w styczniu przed osiemdziesięciu laty tu we wsi nad Jeziorem Wulpińskim. Rzadko opuszczał Dorotowo. Przez to był świadkiem wielu wydarzeń. Z zawodu był szklarzem. Przysposabiał się do tego zawodu w zakładzie szklarskim Ramloffa w Olsztynie przy dzisiejszej ulicy Dąbroszczaków 32. Pracowało tam 17 chłopców w jego wieku z Majd, Dorotowa, Rusi i Bartąga. Potem mistrz zatrudniał 34 pracowników. Roboty było wiele. Właściciel zakładu kierował młodych szklarzy do pracy w Działdowie, Toruniu i Grudziądzu. Od jesieni 1943 roku ekipa szklarzy z Olsztyna wyjechała do Merseburga, Lipska i Halle, gdzie trzeba było wstawiać szyby uszkodzone po nalotach aliantów. Tamten wyjazd przedłużył się i Jerzy Urra nie zdołał powrócić do Dorotowa aby stawić się w 1945 roku jako siedemnastoletni chłopiec na wezwanie Wehrmachtu, na kończącą się drugą wojnę. Ale list matki z wezwaniem dotarł aż do Merseburga. Jerzy Urra dojechał tylko do Poznania, dalej na wschód pociągi już nie kursowały. Do Dorotowa przyjechał po dwóch latach, w pierwszych dniach 1947 roku i od razu wcielono go do polskiego wojska. Przebywał jakiś czas na przeszkoleniu pod Muszakami i Jagarzewem. A w cywilu podjął pracę w olsztyńskiej spółdzielni „Malarz”. Odnawiał mieszkania i szklił okna. Przy tej pracy poznał swoją żonę Hildegardę, wywodzącą się z Plusek.

Z dawnego Dorotowa Jerzy Urra zapamiętał urządzane dwa albo trzy razy w roku zawody konne. Niekiedy 20 koni galopowało przez wieś. Gospodarze na Warmii zawsze dbali o konie, ale były to przecież konie robocze. Nie brakowało go nigdy w rozgrywkach piłki nożnej, ani potańcówkach na świeżym powietrzu „Pod grzybkiem”, na których gromadziła się młodzież i dochodziło nawet do wspólnych spotkań napływowych z ludnością rodzimą.

Dorotowo nie było zniszczone w czasie działań wojennych. Na podstawie opowiadań krewnych, Jerzy Urra przypomniał, że we wsi Rosjanie puścili z dymem zaledwie cztery domy. Podpalali te domy, w których natrafili na portrety Hitlera. To była wojna i tego nie dało się uniknąć. Już po wojnie spaliły się domy kryte trzciną Jasińskiej, Zimmermannów i właśnie Urrów.

Przed 1945 rokiem we wsi były dwie karczmy, piekarnia i sklep masarki, ale i ludzi tu mieszkało więcej. W rodzinach było po ośmioro dzieci, u Urrów tylko sześcioro.

Hildegarda i Jerzy Urra są bardzo przywiązani do Dorotowa. Tu w domku przyznanym im przez wójta Teodozego Jerzego Marcinkiewicza spędzili najlepsze lata swego życia, tu napotkali życzliwych sąsiadów, jako nieliczni Warmiacy pozostali w stronach rodzinnych.

X

Po zakończeniu wojny od 28 maja 1945 roku Dorotowo należało przez cztery miesiące do gminy Bartąg, od 19 września 1945 roku do gminy Gryżliny, która w pierwszym kwartale 1946 roku została przekształcona w gminę Stawiguda, aż do powołania na sesji 23 grudnia 1954 roku Gromadzkiej Rady Narodowej w samym Dorotowie, która miała być, jak wówczas mówiono, przejawem dalszej demokratyzacji życia, jednak w warunkach tamtego systemu była to demokratyzacja pozorowana. Kompetencje tamtej rady były jednak niewielkie. Ważniejsze decyzje w życiu społeczno-gospodarczym Tomaszkowa, Gągławek, Majd i samego Dorotowa zapadały przecież na szczeblu powiatowym bądź wojewódzkim, a Gromadzka Rada stanowiła w gruncie rzeczy organ przekazu decyzji do wykonania z wyższego szczebla oraz przenoszenia do powiatu informacji o stanie świadomości w kwestiach gospodarczych. Wtedy znaczenie miała realizacja przez rolników obowiązkowych dostaw i terminowe wpłacanie podatku gruntowego.

Stanowisko przewodniczącego Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej w Dorotowie powierzono i do tego przez dwie kadencje Bronisławowi Bartosiakowi. Przez dwa lata dojeżdżał do pracy z Klebarka Wielkiego, potem zamieszkał w Dorotowie. Jego zastępcą był Józef Moryc, a obowiązki sekretarza urzędu pełniła Elżbieta Urban, w sierpniu 1955 roku zastąpiła ją Krystyna Materna.

Poza zwykłymi sprawami rolnymi z terenu gromady jak: akcje siewne , obowiązkowe dostawy, obowiązkowe dostawy żywca i płodów rolnych, w miarę terminowe wpłacanie przez rolników podatku gruntowego pojawiały się na sesjach i posiedzeniach samego prezydium GRN kwestie wypłaty odszkodowań za zniszczenia dokonane przez dziki w zasiewach zbóż i ziemniaków, zbierania stonki ziemniaczanej, zapewnienie opału dla szkół na zimę, braku sznurka do snopowiązałek i części do maszyn rolniczych. Wiele zastrzeżeń wzbudzała jakość wykonywanych prac melioracyjnych i drogowych. Prawie przez cały rok rozważana była sprawa remontu mostu na drodze do Gągławek.

Z początkiem 1955 roku we wszystkich wsiach, wchodzących do gromady, zamiast sołtysów powołano pełnomocników wiejskich. Zostali nimi: w Tomaszkowie – Józef Frajtak, w Majdach – Erna Hohmann, w Gągławkach – Józef Gutkowski i w samym Dorotowie – Albert Zajdel. Właściwie pełnomocnikom wiejskim nadano te same zakresy obowiązków jak poprzednio sołtysom, ale tamtej władzy nie odpowiadało określenie przecież obowiązujące przed 1939 rokiem. W jednym z protokółów ze sesji w 1957 roku podkreślano, że pełnomocnicy nie poczuwali się organizowania zebrań wiejskich, przekazywania informacji o podejmowanych pracach w ramach szarwarku, a więc to wszystko co należało do obowiązków sołtysów.

W drugiej kadencji GRN było piętnastu radnych: sześciu z Dorotowa: Bronisław Barosiak, Jan Gwóżdż, Krystyna Materna, Maria Parpilis, Bruno Ziemermann, Paweł Szotkowski, pięciu z Tomaszkowa: Franciszek Mondroch (będący wiceprzewodniczącym Prezydium GRN), Paweł Turowski, Ignacy Szałkiewicz, Jan Golks i Walenty Baranowski, dwóch z Majd: Teodor Semaler i Franciszek Mathia oraz dwóch z Gągławek: Stefan Frąckiewicz i Aleksander Strąkow. Wszyscy radni brali udział w pracy komisji, było ich pięć. W trakcie ostatniej sesji, która odbyła się 30 grudnia 1959 roku dość krytycznie oceniono ich pracę. Mimo tego radni z żalem przyjęli rozwiązanie końcem 1959 roku Gromadzkiej Rady Narodowej w Dorotowie. Od początków 1960 roku przez dwanaście lat do końca 1972 roku Dorotowo należało do gromady Stawiguda i następnie od 1 stycznia 1973 roku do gminy Stawiguda.

X

Dzisiaj mieszkańcy Dorotowa postawili na turystykę. Sprzyjają temu dogodne warunki: jezioro i lasy. Wieś jest dobrze przygotowana na przyjęcie wczasowiczów. Panuje tu standard miejski. Nowi mieszkańcy włożyli nieco środków na wyposażenie pensjonatów czy jak tu określają, gospodarstw agroturystycznych. Prawdziwych rolników można policzyć na palcach jednej ręki: Sandryna, Narkiewicz, Traskowski, Popisowie.

Urząd sołtysa jest od dwunastu lat w rękach Władysława Traskowskiego, a przez trzy kadencje reprezentuje Dorotowo w Gminnej Radzie. Mieszka tutaj od 1979 roku Zamienił Olsztyn na Dorotowo. I tego nie żałuje. Dużo zdołał tu zrobić. Cieszy się zaufaniem mieszkańców, a to dużo znaczy w pracy sołtysa. Teraz myśli o zrobieniu chodnika po drugiej strony ulicy oraz wykonaniu kanałów burzowych, aby po deszczu woda z szosy nie spływała bezpośrednio do jeziora. Można być pewnym, że w tych zabiegach napotka na zrozumienie Urzędu Gminy.

Mieszkańcy Dorotowa są dumni z postawionego kościoła. Powołana 14 lutego 1996 roku przez Arcybiskupa Edmunda Piszcza parafia zamieniła się w prawdziwą wspólnotę. Jest to symptom nowych czasów, który może zachęcić innych do pójścia tą drogą, podjęcia podobnych inicjatyw. Mówiąc o tym obecny proboszcz ks. Piotr Sroga wskazał na Tomaszkowo, w którym również myślą o zbudowaniu kościoła na miejscu.

 

 

Opublikowano: 2020-07-07 11:01:00

Powrót